Showing posts with label Madagaskar. Show all posts
Showing posts with label Madagaskar. Show all posts

Wednesday, December 5, 2012

Madagaskar – kulinaria króla Juliana! Część III



No właśnie, a jak z jedzeniem na tej pięknej wyspie? Ano tak, że Madagaskar spokojnie mógłby konkurować w kwestii jakości potraw z niejedną restauracją w Europie z gwiazdkami Michelina, ale bez rachunku, który na koniec posiłku psuje przyjemność. Ta wyspa produkuje fantastyczną wanilie i czekoladę, więc desery są słodkie i aromatyczne, i niesamowicie dekadenckie!! Tu udało mi się po raz pierwszy kupić tabliczkę fantastycznej gorzkiej 100%-ej czekolady.

Jako, że jest to wyspa, więc w karcie można znaleźć wszystko to, co morze daje najlepsze, najświeższe ryby i skorupiaki! A mięso, no cóż – kurczaki tu nazywają się akuhu, są dość chude i raczej nie zrobi się z nich soczystego dania :-) Ale za to pozostałe mięso! Na Madagaskarze nie ma krów, jest taka lokalna odmiana woła, który się nazywa zébu. Zwierzęta te używane są w roli, do transportu lub pracy. Nie spędzają dni w oborze, tuczone paszą. Mięso zébu jest bardziej aromatyczne od naszej wołowiny, ale fantastycznie soczyste i kruche. Stek z zébu za grosze można zamówić w każdej, nawet najprostszej restauracji, i jest to jedno z najlepszych mięs, które miałam okazje spróbować. Robią z tego także szaszłyki, którymi nas poczęstowano po długim trekkingu w dżungli. Wszechobecnym zébu towarzyszą też wszechobecne kozy, więc o pyszne, grillowane mięso koźlęce wcale nie trudno. A wśród tych dan pyszni się ogromny wybór potraw pochodzenia afrykańskiego i azjatyckiego, które zostały przywiezione na wyspę przez ludy, które napływały tu z różnych stron świata przez dziesięciolecia.



Niestety wszystkie te pyszności miałam jedynie możliwość spróbować podczas mojej podróży przez wyspę, oraz w trakcie kilkudniowego pobytu w stolicy. Bo w naszej malej wiosce Andavadoaka, z dala od cywilizacji, na porządku dziennym było całkowicie inne meny. A składało się ono z ryby, ryżu i fasoli. Na śniadanie chleb, miód i mleko skondensowane. Odświętnie trochę masła, więc większość osób zaczęło smarować chleb mlekiem skondensowanym, aby sobie urozmaicić poranki :-) Na obiad ryba, ryż i fasola, i na kolacje ryba, ryż i fasola. Do kolacji czasem na deser małe banany, lub tzw. „bonbon coco”, placuszki ze skondensowanego mleka ze skarmelizowanym cukrem i grubo startymi wiórkami kokosowymi. Mało wysublimowane, ale skoro o snickersie można tylko pomarzyć, no cóż...... :-)


I tak codziennie wyglądało meny, tydzień po tygodniu...... Czasem dostawaliśmy warzywa, np. ratatouille z pomidorów i zucchini, lub surówkę z białej kapusty. Dwa razy połów był wyjątkowo udany, i dostaliśmy świeżutkie kalmary, marynowane w czosnku i imbirze, grillowane na ogniu. Była to jedna z najpyszniejszych rzeczy, które w życiu miałam okazje zjeść. Niby proste, ale takie świeże!! Ale jak się nie udało nic złowić, to nie zostawało nic jak tylko ryż i fasola.... :-). Mi to akurat nie przeszkadzało, ale niejedna osoba tam marzyła o hamburgerze z frytkami!!


Gdy komuś bardzo doskwierał głód mógł się przejść do wioski i za parę groszy zakupić tzw. bok-bok. Są to małe, dość twarde pączki smażone na oleju palmowym. Mi one trochę średnio smakowały, ale za to uwielbiałam inny mały przysmak o nazwie muf sakay. W południe między nurkowaniami do naszej bazy przychodziła mała 9-cio letnia dziewczynka o ślicznym imieniu Papoosie, z koszyczkiem wypełnionym małymi puszystymi kulkami chlebowymi z zielonym chili, smażonymi na głębokim oleju. Palce lizać!!! Czasem przynosiła też małe rybne samosa – idealne dla zmarzniętego nurka! A do tego domowy sos chili o nazwie sakay, który u nich istnieje w dwóch kolorach – zielonym i czerwonym. Uwielbiam ostre jedzenie i zabójcze sosy z różnego rodzaju papryczek chili, i ogólnie uchodzę wśród znajomych za osobę bardzo odporną na ostrość różnych potraw. Ale ten czerwony sakay można by spokojnie wpisać na listę broni biologicznej. Pobiło nawet mój dotychczasowy nr 1, słynny Marie Sharp´s o genialnej nazwie „No whimps allowed”, którego przywiozłam z Belize. Kupiłam kilka słoiczków sakay i przywiozłam do domu. Ten zielony idealnie smakuje jako dodatek do mięs, ale ten czerwony jak na razie nie znalazł amatorów oprócz mnie. Ale czasem przemycam kropelkę do potraw, które gotuje w domu :-). Dodaje im takiego małego „umpff”!! :-)


I tak minęły tygodnie i miesiące!! Czasem leżałam przy zachodzie słońca w hamaku po intensywnym dniu nurkowań, i miałam wrażenie, jakby Polska i cale moje „normalne” życie znajdowało się na innej planecie. Pobyt tam czasem był ciężki, ale najczęściej niesamowicie wynagradzający. Uśmiechy dzieci na plaży, gdy się wymienialiśmy muszelkami. Zaangażowanie kobiet we wiosce, gdy zrobiliśmy degustacje bok-boków i wybraliśmy najlepszą kucharkę tych słodkości :-). Dumę mężczyzn, gdy chodziliśmy z nimi na połów ośmiornic, i udało im się schwytać okazałą sztukę na kolacje. Widok wielorybów, które przepływając z młodymi wzdłuż wybrzeża wypuszczały ogromne pióropusze wodne, lub ich śpiew, który czasem było słychać podczas nurkowań!! To są wspomnienia, które zawsze będę nosiła przy sobie. I teraz, gdy po ciężkim dniu w pracy, znerwicowana od stania w Warszawskich korkach, przypomnę sobie o tej małej wiosce, nabieram dystansu do moich problemów – i przenoszę się na ten mój hamak na ganku, słyszę szum fal, i czuję zapach wiszącej na lince pianki nurkowej!



Tekst ten pragnę zadedykować Nick i Steph, dwóm młodym naukowcom, którzy zginęli tragicznie dwa tygodnie po moim powrocie do Polski. Byliście wspaniałymi ludźmi! Andavadoaka będzie zawsze o was pamiętać!



Tuesday, December 4, 2012

Madagaskar – kulinaria króla Juliana! Część II



W tej malej wiosce pewna brytyjska organizacja podjęła parę lat temu próbę współpracy z lokalną ludnością, w celu odwrócenia negatywnego trendu degradacji rafy i ratowania zagrożonych gatunków. Ludzie tu żyją bardzo biednie i w prymitywnych warunkach. Domki we wiosce są zbudowane z gałęzi, nie ma wody ani toalet. Żyje się z tego, co można złowić w morzu, ścina się lasy mangrowe aby wybudować chatki i ugotować obiad, a potrzeby załatwia się na plaży. A że nie ma żadnej edukacji rodzinnej, społeczność rośnie w zastraszającym tempie, co powoduje zwiększone zapotrzebowanie na jedzenie, a co za tym idzie, nacisk na morze i środowisko. Kobiety tutaj rodzą po kilkanaścioro dzieci, średnia to ponad 9 na kobietę – rekordzistka ma ich aż 29. Rodzi się też w bardzo młodym wieku - najmłodsza dziewczynka, która została matką w tej wiosce, miała 8 lat!! Jeden z projektów, który tam jest prowadzony, to właśnie między innymi edukacja seksualna, dostęp do środków antykoncepcyjnych, pomoc przy higienicznych porodach, edukacja dotycząca higieny codziennej itp.

To wszystko jest powiązane z budowaniem świadomości o tym, w jaki sposób rozwój wioski, oraz ilość i sposób połowu, wpływa na zasoby morza. Na szczęście współpraca z wioską układa się fantastycznie, a inicjatywa rozlewa się na sąsiednie wioski. Rada seniorów w kilku wioskach postanowiła założyć pierwszy w tym rejonie społecznie zarządzany obszar ochrony środowiska, o pięknej nazwie Velondriake, co w lokalnym języku znaczy „żyć z morzem”. W 2008 roku przewodniczący rady Velondriake, Mr. Roger Samba, został uhonorowany przez WWF nagrodą Getty Prize for Conservation, tzw. środowiskowym „Noblem”. Dziś cały obszar zarządzany jest lokalnym prawem zwanym Dina, i trwają negocjacje z rządem Madagaskaru, aby to prawo zrobić oficjalnym, państwowym, i objąć nim całą wyspę. Więcej o Velondriake przeczytasz tu: http://velondriake.org


Organizacja, z którą pojechałam, pełni funkcje łącznika badawczego i edukatora dla plemienia Vezu, które zamieszkuje ten region wyspy. Uczy na przykład ludność hodować ogórki morskie, zamiast wyławiać te z morza, zakładają małe rezerwaty przybrzeżne, aby umożliwić zagrożonym organizmom regeneracje i przyrost. Monitorują zagrożoną wymarnięciu odmianę żółwi, które są tu od dawna zabijane dla mięsa lub handlu, oraz połów rekinów i żółwi morskich. Wykonują mappingi raf koralowych, sprawdzając, jak się zmienia jej kompozycja, jakie korale lub ryby zanikają, a co się nadmiernie rozwija lub ma się dobrze. Na podstawie tego przygotowują raporty o jej stanie, które miedzy innymi są przekazywane do WWF i ONZ.

I tu właśnie znalazła się rola dla mnie i paru innych szaleńców nurkowych, którzy codziennie o godzinie 6 rano wskakiwali do wody aby zapisywać swoje spostrzeżenia. Myślałam, że po tylu latach nurkowania znam się na odmianach ryb i korali, ale nieźle musieliśmy tu wkuwać :-). Czasem po ośmiu godzinach non stop w mokrej piance, wskakując i wyskakując z łodzi, licząc rybki i spisując odmiany, człowiek nie wiedział, którędy do śpiwora. A warunki życia były bardzo prymitywne.


Mieszkaliśmy w małych drewnianych chatkach na skarpie przy plaży. Prąd był przez dwie godziny rano i trzy wieczorem, a woda z kranu tylko zimna, w połowie odsolona morska, a działała tylko kiedy był włączony agregat. A że były problemy, aby w te odległe miejsce dostarczyć benzynę do agregatu, czasem przez parę nic z kranu nie płynęło. Trzeba było się zadowolić tym, że podczas nurkowania ciało było myte, i ewentualnie domywać się wodą z wiadra! W chatkach oczywiście mnóstwo współlokatorów, np. mrówki, karaluchy, ogromne stonogi..... i szczury. I te ostatnie były najgorsze, bo po prostu w nocy przeszkadzały i nie dawały spać. Były dość małe i nawet słodkie, ale robiły dużo hałasu. A dla zmęczonego nurkowaniem człowieka spokojny sen był najważniejszy. Lubiły czasem się przejść po śpiącym człowieku, co było dość wkurzające. Szperały w torbach w poszukiwaniu za jedzeniem. Pewnej nocy obudziłam się, bo miałam uczucie prześladowania. Otwieram oczy, a obok mojej głowy siedzi mały szczurek i się we mnie wpatruje :-) Ale jednej nocy obudziłam się gdy jeden mnie ugryzł w mały palec od ręki - chyba sprawdzał, czy to jakiś jadalny orzeszek!! :-). I wtedy powiedziałam sobie, że już dosyć, i wyprowadziłam się z materacem i śpiworem na ganek. Tam mi przynajmniej przeszkadzał tylko wszechobecny piach, i kozy, które po wiosce chodziły luzem w ciągłym poszukiwaniu czegoś do jedzenia. A wieczorem usypiał mnie szum fal….



…. to be continued


Madagaskar – kulinaria króla Juliana! Część I

Po wielu miesiącach nieobecności wracam do pisania mojego bloga….. Dla tych, którzy może zauważyli, że się nie pojawiają nowe posty :-) parę słów o tym, co się działo w moim życiu….

Latem postanowiłam spełnić marzenie, które nosiłam w sobie przez ostatnich parę lat. Zawsze bowiem marzyłam o wyjeździe na wolontariat na dłuższy czas… Niestety a to kariera, rodzina, a to remont mieszkania i życie codzienne zawsze były powodem do przesuwania decyzji. Poza tym we mnie tkwiło takie małe ziarenko wątpliwości, czy wypada zrobić coś tak „egoistycznego”, zostawić rodzinę i pracę. Pewnego dnia w maju jednak postanowiłam, że jeżeli nie zrobię tego teraz, zawsze będę żałowała, bo z roku na rok może być trudniej. W końcu nie planowałam wyjazdu urlopowego, nie jechałam po to, aby spędzać dni leżąc pod palmą, czytając książki, popijając Pina colade. Chciałam zrobić coś dobrego dla naszej planety. Coś innego, niż tylko sortowanie śmieci w domu i odprowadzanie 1% podatku na różne organizacje. A że jestem od lat napalonym nurkiem, interesowało mnie pomaganie w czymś, co ma styczność z woda. W poszukiwaniach pomógł przyjaciel Google, i znalazłam bardzo cenioną brytyjską organizacje, która na Madagaskarze prowadzi badania rafy koralowej. Koniec świata, zero cywilizacji, piękne wody, i wyspa w potrzebie. Tak, Madagaskar to nie jest tylko film rysunkowy, ale także wyspa w zachodniej części Oceanu Indyjskiego, u południowo-wschodniego wybrzeża Afryki. Może to się wydawać dla niektórych oczywiste, ale zdziwilibyście się, ile osób na moją wieść, że jadę na Madagaskar, powiedziało ze zdziwieniem: „a to to nie jest tylko miejsce wymyślone przez Dreamwork Pictures??” :-)

A więc postanowiłam jechać. Po gigantycznej serii szczepionek i 28 godzinach lotu wylądowałam w Antananarivo, stolicy Madagaskaru. Spodziewałam się zobaczyć piękną, zieloną i tropikalną wyspę, a zastałam wypaloną ziemie i bardzo dużą biedę. Madagaskar jest bowiem krajem niesamowicie biednym i nierozwiniętym, który jednocześnie posiada bardzo dużą wartość przyrodniczą. Przez wiele organizacji międzynarodowych ta czwarta co do wielkości na naszej planecie wyspa uznawana jest za nr 1 hot-spot pod względem bioróżnorodności na świecie. Hot-spot można zdefiniować krótko jako najbogatsze i najbardziej zagrożone zbiorniki życia roślin i zwierząt na ziemi. Dla zainteresowanych można poczytać więcej pod:
http://www.conservation.org/where/priority_areas/hotspots/Pages/hotspots_main.aspx


Na Madagaskarze bardzo widoczna jest ingerencja człowieka w przyrodę, i niestety w najgorszy możliwy sposób. Ludność tamtejsza, zmuszona przez biedę i brak infrastruktury, uprawia politykę tzw. slash-and-burn. Zapotrzebowanie na energię w głównej mierze zaspokaja węgiel drzewny. A więc wypala się i wycina lasy tropikalne na ogromną skalę, aby móc przeżyć, wypalić cegłę na budowę domu, ugotować obiad i nakarmić dzieci. Odbywa się to w takim tempie, że szacuje się, że około 80% lasów zostało wyciętych w ostatnim stuleciu. A że wyspa kryje w sobie ogromną ilość endemicznych zwierząt i roślin, szkody, które są jej wyrządzane, przekraczają ludzką wyobraźnie. Wyjałowiona ziemia, pozbawiona większej roślinności, szybko eroduje. Woda wypłukuje ziemię, co prowadzi do powstawania ogromnych rozpadlin, a w niższych partiach rzek do gromadzenia się dużych ilości piasku, który później jest wymywany do morza i uszkadza rafy i jej życie. Lasy tropikalne zanikają, a wraz z nimi setki zwierząt i roślin znajdujących się na czerwonej liście gatunków zagrożonych. Jak większość lemurów, które występują wyłącznie na Madagaskarze. I nie wspominając o wszystkich gatunkach, które dopiero są odkrywane przez lokalnych i międzynarodowych naukowców....


Różne organizacje oraz ekolodzy starają się zmniejszyć degradację środowiska edukując społeczeństwo, sadząc lasy i wdrażając odnawialne źródła energii w wioskach, lub ucząc społeczność nowych sposobów na życie, jak np. hodowanie ciem jedwabnych lub uprawa roślin do olejków eterycznych i kosmetyków. Próbuję się zaszczepić bardziej ekologiczne podejście do eksploatacji naturalnych surowców. Organizacja, z którą ja pojechałam, parę lat temu założyła bazę w malej wiosce rybackiej w jednym z najbiedniejszych i najbardziej odludnych miejsc na wyspie, Andavadoaka. Aby tu dotrzeć trzeba jechać jeepem po kamiennych drogach, piasku, wyschniętych korytach rzek lub jezior. Najbliższa cywilizacja, sklep czy szpital znajduje się kilkaset kilometrów na południe, co w takich warunkach terenowych, a szczególnie w porze deszczowej, może oznaczać podróż trwającą nawet dobę. O zasięgu komórki można zapomnieć! I tu właśnie, po tygodniu podroży przez wyspę, wylądowałam na początku sierpnia!

... to be continued